01:46 | GMT: 23:46 Witaj, jesteś niezalogowany/a  |   Zarejestruj  |  
Blog Piotra Kuczyńskiego

Jak ocenić przedwyborcze obietnice rządu?

W nowym roku ruszył maraton przedwyborczy. Już w maju czekają nas wybory do Parlamentu Europejskiego, potem wybory samorządowe, a za rok wybory prezydenckie i parlamentarne. Oczywiste jest, że w tym okresie każda partia (również rząd) będą się prześcigały w obietnicach. To jest rzecz całkowicie normalna i daleki jestem od potępiania w czambuł takiego działania. Ganić należy jedynie te obietnice, które są nierealne. Okazji do krytyki będzie dużo, bo premier miał już dwie konferencje prasowe (na temat planu wieloletniego i na temat zamierzeń na rok 2014), a zapowiada, że będzie ich dużo więcej. Zacznijmy pierwsze oceny od uśmiechu, który wywołać powinna zapowiedź wkroczenia Polski do grona 20. największych gospodarek świata do roku 2022. Stawianie sobie takich planów z pewnością nie zaszkodzi, bo taka „piarowska” akcja może pomóc Polsce na światowych rynkach finansowych tak jak pomogła opowieść o „zielonej wyspie” (ci, którzy się z tego śmieją popełniają duży błąd). Jednak ta obiecanka w zasadzie niczego nie oznacza. Obecnie (w zależności od rankingu) Polska lokuje się między 22 a 24. miejscem na liście państw o największym PKB. Co może spowodować, że wejście do „dwudziestki”? Oczywiście możliwe jest, że nasza gospodarka będzie się rozwijała szybciej niż inne. Jest też jednak jeszcze inna możliwość. Wystarczy, żeby złoty umocnił się o dwadzieścia procent do dolara i już znajdziemy się w tym zacnym gronie. Gdyby dolar utrzymał wartość z 2008 roku (2 PLN za USD) to Polska wylądowałaby w okolicach 18. pozycji na liście najbogatszych państw. Bardzo cenię sobie podkreślanie przez premier Elżbietę Bieńkowską tego, że duża część środków z Unii Europejskiej zostanie wydana na innowacyjną gospodarkę, na współpracę przemysłu z nauką. Wicepremier powiedział nawet, że rząd będzie dążył do tego, żeby zachęcić nasz przemysł do kupowania polskich rozwiązań. Bardzo dobrze, ale czy to będzie zgodne z regulacjami unijnymi? Mam wrażenie, że takie zachęcanie będzie bliskie protekcjoni...
Czytaj całość »

Biblioteka nr 3

    Od Wigilii do 6.01.14 włącznie mam urlop, więc starym zwyczajem, po to, żeby pojawiło się coś nowego przedstawię poniżej (jak już to raz robiłem) listę kilku książek zachęcając do ich przeczytania. Koledzy zaopiekują się Forum, dyskusją i moderowaniem. Ja zresztą z oddali też będę czuwał. Po powrocie napiszę nowy tekst, ale z góry uprzedzam, że drugą część urlopu mam w dniach 30.01 – 20.02.14 – wtedy pojawi się „Biblioteka nr 4”.   Przypominam, że zasady tworzenia tej listy są proste – nie ma zasad ;-). Nie muszą to być ksiązki ostatnio przeze mnie czytane (chociaż mogą być). Nie muszą to też być książki, które nie wzbudzają kontrowersji. Zdecydowanie nie są to ksiązki uszeregowane w zależności od ich wagi. Pojawia się wśród nich beletrystyka (stosuję często płodozmian – jedna książka zawodowa lub blisko zawodowej, jedna beletrystyka).    Pod opisem pozycji zawsze pojawi się kilka zdań ode mnie. Nie oczekuję o nich bardzo aktywnej dyskusji na Forum, ale byłoby bardzo sympatyczne, gdyby pojawiły się opinie Forumowiczów. 1. Heiner Flassbeck „10 mitów kryzysu” Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Lipiec 2013   Napisał to małe dziełko (150 małych stron – czyta się w ciągu godziny) niemiecki profesor ekonomii. Wyraża zdecydowanie poglądy spoza głównego nurtu. Z wieloma można się zgodzić - jak z tym, że mitem jest, iż rynki finansowe są efektywne. Niektóre są dyskusyjne – jak te, że nie ma żadnego kryzysu euro. 2. Ha-Joon Chang „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie” Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Październik 2013 To dużo grubsze, ale równie fascynujące uzupełnienie do pierwszej pozycji. Słyszałem fascynującą dyskusję w TOK FM na temat tej książki. Nurt neoliberalny będzie autora nienawidził (nie przesadzam) i obrzucał epitetami, keynesiści znajdą w tej książce cenne argumenty do używania w dyskusji. 3. Nicholas Carr „Płytki umysł. Jak Internet wpływa na nasz mózg” One Press, Helion , Listopad 2012 Znakomi...
Czytaj całość »

Zmiany nie oświetliły drogi do 2020 roku

   Po bardzo oczekiwanej (a przez to będącej słabym medialne wydarzeniem) rekonstrukcji rządu warto napisać tekst o jej konsekwencjach. Przede wszystkim powiem wyraźnie, że nie odpowiada mi stawianie wozu przed koniem. Powoływania ludzi po to, żeby zdobyć uznanie wśród elektoratu bez jasnego planu na przyszłość nie ma sensu.    Teoretycznie plan jest, bo premier Donald Tusk powiedział podczas konwencji Platformy Obywatelskiej, że ma plan „rozpisany na miesiące”. Wymachiwał przy tym jakimiś dokumentami, które już kilka dni później dziennikarze rozszyfrowali jako ogólne plany wypełnienia zaleceń UE. Nie ma to nic wspólnego z planem „rozpisanym na miesiące”. Naprawdę nie potrafię zrozumieć, po co premier wystawił się na odstrzał opowiadając o tym swoim planie. Wystarczyło powiedzieć, że przedstawi go w pierwszym kwartale 2014 roku.    Spójrzmy na ogólne założenia. Premier mówił o rozwoju małej i średniej przedsiębiorczości, wzroście płac, kontynuacji budowy infrastruktury o wydatkach na prace badawczo rozwojowe. Minister Mateusz Szczurek mówił o tym, że chce stworzyć kodeks podatkowy, który zastąpi skomplikowana ordynację podatkową.    Czego brakowało mi nawet w tym szkicu programu? Tego, co stanowi jeden z największych problemów Polski, czyli zapowiedzi reformy systemu ochrony zdrowia. Tak jak chyba większość obserwatorów sceny politycznej, zauważyłem brak dymisji ministra zdrowia, co według mnie jest koszmarnym błędem.    Ochrona zdrowia działała źle, będzie działała coraz gorzej, bo od mieszania herbata nie robi się słodsza, a w systemie jest po prostu za mało pieniędzy. Owszem, system jest też nieszczelny, więc nawet to, co jest teraz prowadzi do marnotrawstwa. Żadnym wyjściem nie jest poszerzenie prywatnej ochrony zdrowia. Mam w tej sprawie doświadczenia. Jestem przez pracodawcę ubezpieczony u jednego z dużych operatorów na tym rynku.    Z każdym rokiem kolejki do specjalistów wydłużają się. Do wielu...
Czytaj całość »

Bez strachu w 2014 rok?

    Niedawno brałem udział w dwóch imprezach firmowych. Jedną z nich by Kongres Xelion, gdzie fetowaliśmy 10. lecie firmy, w której pracuję już 7,5 roku. W obu tych imprezach była okazja do wymiany poglądów przez profesjonalistów na temat sytuacji na rynkach finansowych w tym i w przyszłym roku. W zasadzie skupiano się na kilku czynnikach: na sytuacji gospodarczej w Polsce i na świecie, na polityce amerykańskiej w kontekście limitu zadłużenia i budżetu USA oraz na polityce Fed w kontekście zmiany szefa rezerwy i przyszłej polityki monetarnej.     Prelegenci i dyskutanci przedstawiali właściwie jedynie optymistyczne prognozy. Czasem zbyt optymistyczne. Nie będę podawał nazwisk, ale powiem, że jeden z przedstawicieli funduszy był takim optymistą, że budził w części widowni (w tym i u mnie) potężne zdziwienie. Według niego wszystko jest na dobrej drodze, gospodarka światowa będzie się szybko rozwijał, kryzysu już nie ma, a Fed zrobi wszystko, żeby było już tylko lepiej. Nieco się naśmiewam, ale ta prezentacja rzeczywiście była hurraoptymistyczna.     A przecież tak naprawdę wiele się nie zmieniło. Instytucje finansowe zbyt duże, żeby upaść stały się jeszcze większe, zadłużenie państw wzrosło, nie wrócono do ustawy Glass-Steagalla, a przecież jej anulowania w 1999 roku było jednym z powodów kryzysu. Nic się nie zmieniło, bo lobby finansowe jest zbyt mocne. Wpływ lobbystów widać zresztą nie tylko na rynku finansowym sensu stricto.     Reforma zdrowia przeprowadzona przez prezydenta Obamę też przez lobbystów pozbawiona została zębów. I nie mówię o bublu, jakim był system informatyczny opracowany na potrzeby tej reform, chociaż kompromitacja tak zaawansowanego technologicznie kraju jest też zastanawiająca. Wpływ lobbystów widać było w tym, że nie zgodzono się na utworzenie państwowego ubezpieczyciela, który konkurowałby z prywatnymi. Zbyt dużo ci prywatni i instytucje ochrony zdrowia na tym by stracili. Zyskali...
Czytaj całość »

Chiny hegemon czy na drodze do kryzysu?

Jaki jest najbardziej bezpieczny samochód produkowany przez chińską firmę? Oczywiście Volvo. Ta szwedzka marka przeszła w ręce Forda, który w 2010 roku sprzedał ją chińskiej firmie Geely. To prawdziwy signum temporis pokazujący jak Chiny zdobywają kolejne przyczółki w światowej gospodarce. Stają się powoli hegemonem, czy może są u progu katastrofy? Na to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi. Jeśli widziało się Szenzen, czy Szanghaj to łatwo przychodzi twierdzenie, że Chiny stają się potęgą. Jeśli jednak pojedzie się na głęboką prowincję, na chińska wieś to widać, że tam niewiele się od kilkudziesięciu lat zmieniło. Prawdą jest jednak, że ze wsi do miast przepłynął już 200 milionów ludzi, a szacuje się, że w ciągu najbliższych lat przepłynie następne 300 milionów. Dużo? Bardzo dużo, ale Chiny mają 1,3 miliarda ludzi. Czy zmiany będą wystarczająco szybkie? Czy nie dojdzie do klasycznego warunku, który umożliwia wybuch rewolucji, kiedy to poprawa sytuacji społeczeństwa jest zbyt wolna w stosunku do rozbudzonych aspiracji? Wszyscy ludzie obserwujący rynki finansowe pamiętają jak w szczycie kryzysu strefy euro prawie się modlono o to, żeby Chiny raczyły kupować obligacje zagrożonych państw Eurolandu. A Chińczycy ciągle dawali nadzieję nic w zasadzie nie robiąc. Owszem, mogliby pomóc (w końcu mają 3.600 miliardów dolarów rezerw walutowych), ale nie za darmo. Może by pomogli, gdyby Amerykanie posunęli się w Międzynarodowym Funduszu Walutowym i dali im zdecydowanie więcej głosów. Na to jeszcze (z naciskiem na „jeszcze”) USA nie są gotowe. A więc potęga? W swojej książce „Chiny światowym hegemonem?” Jean-Paul Guichard i Antoine Brunet, dwaj francuscy ekonomiści, przekonują, że Chiny stają się mocarstwem, a Zachód nierozważnie pomaga im w osiągnięciu tego celu. Autorzy twierdzą, że przyjęcie Chin w grudniu 2001 roku do Światowej Organizacji Handlu było kolosalnym błędem. Uważają, że Chiny świadomie zaniżają swoje PKB posługując się niedowartościowanym juanem (to prawda) i korz...
Czytaj całość »

Przed wyborami gospodarka na wysokich obrotach?

Premier Donald Tusk ma chyba do Krynicy pecha. Już drugi raz w ciągu ostatnich pięciu lat właśnie w Krynicy stawia prognozy dotyczące tematów ekonomiczno-gospodarczych. W 2008 roku, na kilka dni przed apogeum kryzysu, którym był upadek Lehman Brothers, zapowiedział wejście Polski do strefy euro już w 2011 roku. Myślę, że pomylił się o jakieś 10 lat. Nie było w tym dużo jego winy, ale faktem jest, że i bez kryzysu (nawiasem mówiąc trwającego wtedy już od roku) data wejścia do strefy euro była nierealna i według mnie niesensowna. Tym razem premier w Krynicy ogłosił koniec kryzysu. Trochę przypomina mi to ogłoszenie przeszło dwadzieścia lat temu końca komunizmu w Polsce przez aktorkę Joannę Szczepkowską. Ona jednak miała wtedy rację, a premier może się znowu pomylić. Owszem, dane makroekonomiczne sygnalizują, że ożywienie gospodarcze pojawiło się zarówno w USA jak i w Chinach, Japonii oraz w Europie. Nasze dane makroekonomiczne też są coraz lepsze. Pamiętać jednak trzeba, że jest to ożywienie na sterydach, którymi są świeżo drukowane pieniądze. Od dawna (można nawet powiedzieć, że od lat) ostrzegam, że prawdziwa diabelska alternatywa czeka banki centralne właśnie wtedy, kiedy pojawi się ożywienie gospodarcze. Będą musiały zadecydować, kiedy i w jakim tempie zacząć wycofywać środki, którymi pobudzały gospodarki. Jeśli zrobią to za szybko to doprowadzą do recesji, jeśli za wolno to do dużej inflacji. Bardzo mało prawdopodobne jest to, że uda się im precyzyjne dostrojenie, które pozwoli na szybki wzrost bez wysokiej inflacji. Przed taką diabelską alternatywą stoi już teraz amerykańska Rezerwa Federalna. Międzynarodowy Fundusz Walutowy twierdzi, że o pierwszym zmniejszeniu wartości kupna aktywów Fed zadecyduje już 18. września tego roku. To na razie groźne nie będzie, ale już sama zapowiedź doprowadziła do znacznego wzrostu rentowności obligacji 10. letnich. A przecież ta rentowność jest odnośnikiem (benchmark) dla oprocentowania kredytów (szczególnie hipotecznych). Nic...
Czytaj całość »

Hossa małych spółek zarazi blue chipy?

   Lato w pełni, a na rynkach nadal niezłe nastroje. Zapowiadana letnia hossa pięknie się latem rozwijała, a w Polsce na mniejszych spółkach można mówić o wieloletniej hossie (SWIG80 na dwuletnim szczycie, a MWIG40 na szczycie pięcioletnim). WIG20 też się obudził i wyzerował straty z tygodnia wygasanie czerwcowych kontraktów, kiedy to jakiś „grubas” postanowił zbić indeks w ciągu 3 dni o 10 procent.    Warto jednak pamiętać, że ta hossa to jest po prostu w dużej mierze odrabiania strat. Indeks cenowy (nieważony wielkością spółek) nadal traci 55 procent w stosunku do początku 2011 roku i 70 procent w stosunku do roku 2007. MWIG40 i SWIG80 tracą w stosunku do roku 2007 ponad 40 procent, a WIG20 w stosunku do roku 2011 traci około 17 procent, a w stosunku do 2007 nieco poniżej 40 procent. Mówimy więc nie o prawdziwej hossie, a o odrabianiu wciąż dużych strat.    Trochę dziwić może, że rynek nie czeka na wyrok w sprawie OFE, ale najwidoczniej gracze doszli do wniosku, ze straszliwej krzywdy rząd rynkowi nie zrobi. Ja też tak uważam. Często pytają się mnie skąd ta hossa? Zamiast zapytać, dlaczego jej nie było wtedy, kiedy S&P 500 czy XETRA DAX biły rekordy. Odpowiedź na pytanie dlaczego indeksy rosną jest według mnie niespecjalnie skomplikowana, chociaż złożona.    Fundamentaliści cieszą się, że w gospodarce widać już pierwsze, nieśmiałe sygnały ożywienia. Skoro giełda wyprzedza ożywienie to nic dziwnego, że indeksy rosną. To jednak niewielki powód, bo jak od dawna wiemy już fundamenty nie mają wielkiego wpływu na giełdowe nastroje.    Interesujące jest to, że na przełomie miesięcy złoty zyskiwał, rentowności obligacji rosły, a indeksy zwyżkowały. Nie wykluczam, że to OFE przebudowują portfele pozbywając się obligacji i kupując akcje. Chodzi o to, żeby przed podjęciem decyzji przez rząd mieć jak najmniej obligacji (które zapewne znikną z portfeli OFE) i jak najwięcej akcji. Poza tym, jeśli uda się wykreować ho...
Czytaj całość »

Biblioteka nr 2

Sezon urlopowy nie sprzyja tworzeniu poważnych tekstów. Poza tym na przełomie miesięcy wezmę tygodniowy urlop (koledzy zaopiekują się dyskusją i moderowaniem). Po to, żeby pojawiło się coś nowego przedstawię poniżej (jak już to raz robiłem) kilka książek zachęcając do ich przeczytania. Przypominam, że zasady tworzenia tej listy są proste – nie ma zasad ;-). Nie muszą to być ksiązki ostatnio przeze mnie czytane (chociaż mogą być). Nie muszą to też być książki, które nie wzbudzają kontrowersji. Zdecydowanie nie są to ksiązki uszeregowane w zależności od ich wagi. Pojawia się wśród nich beletrystyka (stosuję płodozmian – jedna książka zawodowa lub blisko zawodowej, jedna beletrystyka). Pod opisem pozycji zawsze pojawi się kilka zdań ode mnie. Nie oczekuję o nich bardzo aktywnej dyskusji na Forum, ale byłoby bardzo sympatyczne, gdyby pojawiły się opinie Forumowiczów. 1. Michael Sandel „Czego nie można kupić za pieniądze” Kurhaus Publishing, styczeń 2012 Autor niezwykle popularny. Jeden z najwybitniejszych amerykańskich filozofów, którego wykłady przyciągają tysiące słuchaczy (dosłownie tysiące – wykłada nawet na stadionach). Mimo tego (bo taka popularność jest zawsze nieco podejrzana)  warto go czytać. Czytając książkę nawet neoliberał będzie miał chwile zastanowienia. Nie wszystko da się kupić za pieniądze. Intuicyjnie to czujemy, ale książka znacznie poszerza spektrum tego, czego kupić nie można. 2. Mitchell A. Orenstein „Prywatyzacja emerytur” PTE – Polskie Towarzystwo Ekonomiczne. 2013 Tej książki nie kupicie Państwo w Merlin.pl i w Empik.pl. Dlaczego? Nie wiem, ale pachnie to nieładnie. Można ją kupić jednak w innych, bardziej niszowych księgarniach (np. profit24.pl). Kto chce przeczytać i zrozumieć jak powstawał nasz system emerytalny (ze szczególnym uwzględnieniem filaru kapitałowego) powinien tę książkę przeczytać. Jeśli przeczyta ją wielbiciel OFE to może nieco zmienić zdanie ;-) 3. Monika Jaruzelska „Towarzyszka panienka” Czerwone i Czarn...
Czytaj całość »

Raport o OFE na cenzurowanym

    Trzeba wrócić do sprawy OFE i zmian systemu emerytalnego, bo rząd przedstawił swój raport dotyczący OFE. Do tego był zobowiązany, więc formalnie nic mu zarzucić nie można, ale żałować należy, że równolegle nie pojawił się drugi raport, w którym rząd przedstawiłby swoje zamierzenia odnośnie całego systemu emerytalnego. Przecież kwestia emerytur mundurowych, KRUS i innych przywilejów jest (przede wszystkim dzięki zmianom z 2011 roku) ważniejsza niż problem OFE. Brak takiego raportu pozostawia duży niedosyt.     Jest to, co jest, więc spróbuje przedstawić swój pogląd na propozycje rządowe. Wpierw jednak przypomnę, jakie ja widziałem rozwiązania. Od dawna byłem zdecydowanym przeciwnikiem przymusu ponoszenie ryzyka rynkowego przez pracujących Polaków. Takim przymusem był obowiązek kierowania części składki emerytalnej do OFE. Poza tym system wynagradzania OFE od początku reformy z 1999 roku był delikatnie mówiąc bardzo korzystny dla OFE i skrajnie niekorzystny dla emerytów.    Uważałem, że kolejna zmiana powinna brać pod uwagę dobro triady: emeryt – finanse publiczne – rynek finansowy (GPW). Twierdziłem, że ten warunek spełni danie Polakom dobrowolności, ale rozumianej inaczej niż chce tego rząd. Ja zostawiłbym w spokoju kapitały, które już zostały zgromadzone w OFE. Traktowałbym je jako w pewnym sensie prawa nabyte Polaków. W pewnym sensie, bo przecież Sąd Najwyższy w 2007 roku powiedział, że zgromadzone pieniądze nie należą do przyszłego emeryta – należą do całego systemu emerytalnego.    Uważałem, że zmiany dotyczyłyby jedynie nowych składek płaconych przez zatrudnionych Polaków, którzy powinni móc zadecydować, czy chcą je przekazać OFE, czy jakiemuś TFI. Z powodu interesów budżetu dopuściłbym również powrót do ZUS. Zmieniłbym też zdecydowanie sposób wynagradzania OFE. Zdecydowanie zmniejszyłbym opłatę wstępną (3,5  proc. wpłaconej składki) oraz tę za zarządzanie (0,4 – 0,6 proc. aktywów rocznie), a zwiększ...
Czytaj całość »

Diagnoza i recepty Paula Krugmana

     Właśnie przeczytałem książkę „Zakończcie ten kryzys!” Paula Krugman. Pozycja bardzo ciekawa i co ważne napisane strawnym dla każdego językiem (no, może prawie dla każdego). Amerykańscy naukowcy potrafią pisać tak, że chce się ich czytać. Niestety, polscy najczęściej tworzą cegły, które można by sprzedawać w aptekach. Oczywiście jako środki nasenne. Prawdą jest bowiem, że to ludzie dużego formatu potrafią to co skomplikowane wyrazić w sposób zrozumiały nie tylko dla wtajemniczonych siedzących w wieży z kości słoniowej.    A propos wieży z kości słoniowej to śledzę z dużym zainteresowaniem dyskusję na temat opracowanego przez dwóch znanych ekonomistów (Janusza Jankowiaka i Mirosława Gronickiego – w skrócie J&G) na zlecenie Lewiatana raportu "Wpływ OFE na gospodarkę”. Według autorów i ich wyliczeń polski PKB byłby o 7 procent niższy (skumulowany), gdyby nie było OFE. Piszę o wieży z kości słoniowej, bo mało kto zapewne wie jak J&G doszli do swojego wyniku. Jednak jak myślę każdy wie, że jeśli model ma 64 parametry (a tak mówił Janusz Jankowiak) to nieznaczna zmiana kilku z nich (a muszą być wśród nich nie tylko fakty, ale i domniemania) doprowadzi do kompletnie innego wyniku.    Kontynuując dygresję od głównego tematu powiem jednak, że nie to jest najważniejsze. Od dawna chciałem na temat tego raportu napisać zadając proste pytanie: czy J&G w swoim raporcie uznali, że skoro OFE by nie było to nie wydarzyłoby się nic oprócz tego, że zadłużenie państwa byłoby niższe, a PTE nie zarobiłyby 17 mld złotych? Inaczej mówiąc: czy państwo byłoby bierne, czy może (co wielu Forumowiczów uważało za pewne) zwiększałoby zadłużenie wydając na inne cele? A jeśli zwiększałoby to jaki byłby mnożnik i jaki wzrost PKB wynikający z tego zadłużenia? Prawda, że to ciekawe pytanie?    Zupełnie intuicyjnie można założyć, że gdyby te 200 mld złotych przeznaczyć na przykład na infrastrukturę to PKB wzrósłby zdecydowanie więcej ...
Czytaj całość »